Ameryka Obamy
2008-10-17
Amerykańskie telewizje i
lewicowe dzienniki szumnie ogłaszają wielkie sukcesy Baracka Obamy.
Kandydat Demokratów wygrał wszystkie trzy debaty telewizyjne, prowadzi we
wszelkich możliwych sondażach i zdobywa poparcie kolejnych grup
społecznych.
Wydawać się
może, że wybory będą już tylko formalnością
i ostatnim etapem tryumfalnego marszu „Wielkiego Baracka" do Białego
Domu.
Zachwyt nad kandydaturą
i osobą Obamy nie dziwi: od niepamiętnych już czasów
większość mediów w USA kibicuje kandydatom Partii
Demokratycznej. Tak było w przypadku „ulubieńca mediów" – Johna
F. Kennedy’ego, Jimmy’ego Cartera i oczywiście Billa Clintona. Taką
samą klakę media robiły Al Gore’owi (który wsławił
się tym, że w Ameryce Łacińskiej powiedział „Szkoda,
że nie znam łaciny, bo mógłbym z wami porozmawiać”).
Gorzej, że tym razem kandydat Demokratów faktycznie może wygrać.
A to już będzie prawdziwa katastrofa.
Jakie poglądy ma Barack
Obama – chciałoby się zapytać? Obserwując jego
wystąpienia ciężko znaleźć odpowiedź. Obama –
podobnie jak Donald Tusk – poglądów ma mało, dużo obiecuje, a
konkretów unika. Jego Ameryka to Ameryka „sprawiedliwości
społecznej", „równych szans” i innych banałów. Obserwując
wyścig do Białego Domu, widać, że Obama operuje populistycznymi
hasłami: nadanie prawa pobytu nielegalnym imigrantom, otworzenie granic z
Meksykiem, większa tolerancja religijna, równouprawnienie dla
homoseksualistów.
Jeszcze gorzej jest na
płaszczyźnie polityki zagranicznej, gdzie Obama opowiada się przeciwko
wojnie w Iraku i wojnie z terrorem w ogóle. To zły znak. Zakończenie
wojny z terrorem to de facto rezygnacja Waszyngtonu z polityki „światowego
żandarma". To zaś grozi pozostawieniem swobody działania
groźnym reżimom, takim jak Iran i Korea Północna.
Pozostaje mieć
nadzieję, że wyborcy jednak otrzeźwieją i wybiorą
kandydata, który wprawdzie w debatach wypada gorzej, ale nie zaprzepaści
tego, co wiele pokoleń budowało przez lata.
Autor: Leszek Szymowski