Smutna sobota w Waszyngtonie

 

Marcin Bosacki, Waszyngton

 

2010-04-12

 

Nie ma słów... co można powiedzieć... jesteśmy z Polską...

 

Telefony i mejle przychodzą całą sobotę. Dzwonią i piszą nie tylko amerykańscy dyplomaci, dawni ambasadorowie w Warszawie, nie tylko specjaliści od Polski i Europy z waszyngtońskich instytutów. Dzwonią zwykli amerykańscy znajomi, sąsiedzi, czasem ludzie, z którymi nie mieliśmy kontaktu od lat. Nikt nie jest w stanie wiele mówić. Ale zapewniają o solidarności, modlitwach. I Kasi, i mnie, i dzieciom, które nie wszystko rozumieją, ale też płaczą, pomagają jakoś znieść to poczucie pustki, załamania, bezsensu.

 

Jedziemy do ambasady RP w Waszyngtonie. Dorośli poważnie, na czarno. Dzieci postanowiły ubrać się kolorowo, bo, jak mówi nasza pięcioletnia Zosia, "chcę by Polska znów kiedyś była kolorowa". Wczesnym popołudniem w sobotę pod ambasadą nie ma jeszcze wielu kwiatów - może 20, może 30 wiązanek, kilka zniczy. Z dziećmi i polskimi przyjaciółmi zapalamy kolejne, układamy w krzyż. Przychodzi para Amerykanów, dodają różę, wchodzimy do ambasady, by wpisać się do księgi kondolencyjnej. W kolejce w większości Polacy, starsi i zupełnie młodzi, studiujący w stolicy USA, lub pary polsko - amerykańskie. Ale są też Amerykanie. Młody, elegancki Murzyn długo, może z 10 minut dobiera słowa, wpisuje się na pół strony. Polacy krócej - "straszna tragedia", "cześć ich pamięci", "czy nasz kraj wciąż muszą dotykać takie nieszczęścia???".

 

Wychodzimy, kwiatów pod płotem jest już więcej, ale nadal niedużo. W pewnej chwili chodnikiem idzie wymuskany młodzieniec w modnych ciuchach. Wpada w znicze, przewraca, dwa tłucze. Widzi, co zrobił, ale nawet się nie zatrzymuje. Gdy próbujemy mu zwrócić uwagę - nie słyszy, w uszach ma słuchawki.

 

Wpadamy z przyjaciółmi w jeszcze gorszy nastrój. - Ciekawe, czy w poniedziałek w pracy ktoś z jankesów choćby się zająknie z kondolencjami - wzdycha nasza znajoma Ewa, pracująca w dużej firmie amerykańskiej. Ale po chwili znów ktoś z naszej grupy dostaje telefon od współczujących Amerykanów.

 

Gdy parkujemy auto przed domem, sąsiad, znany ze swej niewielkiej delikatności, krzyczy na pół ulicy: - Co tam, u licha, się w tej Polsce stało? Mamy ochotę go zabić... Ale przed drzwiami domu stoją kwiaty od innych sąsiadów - przyjaciół z dołu ulicy. A potem znów kolejne miłe, pocieszające telefony.

 

Jadę do Baltimore, gdzie Polonia jest dużo liczniejsza niż w Waszyngtonie. Pod imponujący Pomnik Katyński przyjeżdżam, gdy właśnie skończyło się tam czuwanie. Jest jeszcze kilkadziesiąt osób, dużo kwiatów. Podchodzą Amerykanie, mnie, widząc polską wstążkę z kirem w klapie marynarki, zaczepia Jeff: - Wiemy, co się stało, jest nam bardzo przykro. Polska to dzielny naród...

 

W telewizji cały wieczór polska tragedia to jeden z głównych tematów. Międzynarodowy CNN mówi niemal wyłącznie o tym. Mniej, ale też sporo, również zwykły CNN amerykański oraz NBC i Fox. Gdy mowa o prezydencie Kaczyńskim, przypominana jest historia "Solidarności" i rola Polski w obaleniu komunizmu, przy prezesie Skrzypku - polskie sukcesy gospodarcze. CNN, CBS, Fox, wszyscy podkreślają, jak ważnym Polska jest sojusznikiem USA np. w Afganistanie. Słyszę rzeczy, które zwykle w mediach amerykańskich słychać bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Błędy, zwykle powszechne, gdy popularne media w USA mówią o naszej części świata, są teraz rzadkie i trzeciorzędne. Właściwie wszyscy powtarzają: - ten stabilny kraj, dojrzała demokracja, poradzi sobie nawet po tak wielkim ciosie.

 

Tak dużo, i tak dobrze o Polsce nie mówiło się w USA i w ogóle zagranicą (to samo, jak widzę, jest w BBC) od wielu lat. Być może od 11, od wejścia do NATO. A być może nawet od 20 - od obalenia komunizmu.

 

I jeszcze wspaniałe słowa Baracka Obamy. I świetna reakcja władz Rosji, i Putina i Miedwiediewa...

 

Tej tragedii, tego żalu i poczucia pustki nie da się niczym zasypać. Nie tak szybko, nie w tą smutną sobotę. Ale rozmawiałem parę razy w życiu z kilkoma z tych, którzy zginęli lecąc do Katynia. Znałem Andrzeja Przewoźnika, Sławomira Skrzypka, Jerzego Szmajdzińskiego i przede wszystkim Mariusza Handzlika, dobrego ducha prezydenckiej polityki zagranicznej. I tak myślę, że i oni, i Prezydent Kaczyński, i wszyscy inni, gdzieś tam z góry na to wszystko patrzą. I cieszą się, że tak się dziś w świecie mówi o Polsce. O kraju, dla którego życie poświęcali, a w końcu - poświęcili.

 

Może choć w ten sposób nabiera sensu ta straszna katastrofa koło Katynia. I ta smutna, przeraźliwie smutna sobota.