Życie po tarczy
Bartosz Węglarczyk
2009-09-18
Polska wciąż potrzebuje silnego sojuszu z USA. Tarcza mogła być jego podstawą, teraz trzeba po
prostu poszukać czegoś w zamian
Po wczorajszej
decyzji Białego Domu o rezygnacji z planów budowy tarczy
antyrakietowej w Polsce i Czechach stosunki
Warszawy z Waszyngtonem będą się
musiały zmienić. Rok 2009 okazuje się końcem bliskiego sojuszu trwającego dość długo, bo
aż dziewięć
lat.
Można i należy
ten sojusz przedłużyć,
ale na innych
zasadach. Ameryka pozostaje słabnącym, lecz wciąż najważniejszym supermocarstwem
na świecie,
którego interesy i wartości fundamentalnie pokrywają się z naszymi. Ze względu na dysproporcję
między oboma krajami sojusz ten nigdy nie będzie
jednak równorzędny -
to nam będzie na nim zależało
bardziej niż Amerykanom. Tak było zawsze, tak jest i tak
będzie.
Na przełomie
lat 80. i 90. wydarzyła się
rzecz wyjątkowa w naszej historii - wielkie mocarstwo i Polska miały
idealnie zbieżne interesy. Obu krajom
zależało na zakorzenieniu demokracji w Europie Środkowej oraz na wciągnięciu tej części Starego Kontynentu w zachodnioeuropejskie struktury polityczne i ekonomiczne.
Na dodatek polska dyplomacja i polski
wywiad okazały się ważnym i naprawdę skutecznym sojusznikiem USA na Bliskim
Wschodzie i w krajach dawnego ZSRR.
Dziś padamy ofiarą
własnego sukcesu. Europa Środkowa jest stabilna, należy do NATO i Unii Europejskiej,
nie grozi jej nic strasznego,
rozwija się i bogaci. Waszyngton
nie musi się już nam przyglądać, ma dużo większe problemy w Afganistanie i Iranie, w Chinach
i Izraelu. Czyli w miejscach, które znamy gorzej
i w których mniej się, niestety, liczymy.
Tarcza antyrakietowa mogła być dobrą podstawą do nowej fazy sojuszu
z USA, bo po raz pierwszy
w historii mogliśmy się stać częścią systemu obronnego o wiele większego od nas sojusznika. Wiemy, że to się już nie zdarzy.
Bez tarczy musimy
znaleźć inną
płaszczyznę wspólnych
interesów z USA. Powinniśmy
odbudować osłabiony
podczas zawieruchy politycznej czasów PiS sojusz naszych
i amerykańskich służb specjalnych.
Nasza armia powinna
pozostać w Afganistanie,
bo wycofanie
się stamtąd będzie odebrane w Waszyngtonie jako podstawienie nogi prezydentowi w jego najtrudniejszej i najważniejszej międzynarodowej
rozgrywce.
Polska powinna promować
reformę NATO, bo przyszłość
Sojuszu jest dziś poważnie zagrożona kulejącą współpracą
sojuszników w Afganistanie i niechęcią Europy do brania na siebie odpowiedzialności
za rozwiązywanie światowych kryzysów.
Amerykanie od
lat próbują zmusić
Europę do większego
zaangażowania i Barack
Obama wkrótce powie zapatrzonym w niego zachodnioeuropejskim sojusznikom,
że robią zdecydowanie za mało. Polska powinna to stanowisko USA wesprzeć.
Silne NATO leży i w naszym, i
w amerykańskim interesie,
bo w sprawach
bezpieczeństwa narodowego
każdy kraj powinien się przygotowywać na scenariusz zły, nawet jeśli dziś wydaje się on mało prawdopodobny. My i
Amerykanie to świetnie
rozumiemy, ale wielu naszych sojuszników z Europy Zachodniej - już nie.
Warszawa powinna
wycisnąć, ile się da, z podpisanej w 2008
r. deklaracji strategicznej
USA i Polski. Amerykanie mogą i powinni wziąć
udział w reorganizacji
polskiej armii. Polscy żołnierze powinni w większym niż dziś stopniu korzystać z amerykańskich uczelni wojskowych.
W zamian
możemy zaoferować
Amerykanom dalsze wsparcie w NATO i pomoc na
doskonale nam znanej Ukrainie, która przez wielu
amerykańskich ekspertów
jest postrzegana jako potencjalne źródło poważnego międzynarodowego
kryzysu w najbliższych
latach.
Warszawa powinna
także działać
w UE na
rzecz jak największego zbliżenia
z Ameryką. W obliczu światowego kryzysu gospodarczego taka współpraca,
głównie ekonomiczna,
jest na wagę
złota.
Polska nigdy nie
miała problemu wyboru lojalności między sojusznikiem zza oceanu i
sojusznikami z Brukseli. Stawianie tej sprawy
jako konfliktu było i jest niewłaściwe. Polska powinna odgrywać rolę kraju, który oba kolosy
popycha ku sobie. Takie zbliżenie
leży w interesie i USA, i Europy.